WRÓĆ

Kiedy Twój bagaż wybrał innego tripa niż Ty #1


Lużny, bonusowy wpis traktujący o moich

doświadczeniach z jednego z wyjazdów za granicę. Wypij i przełknij do końca, żeby nie popluć monitora.

W dwóch częściach chciałbym tak bonusowo i trochę luźniej opowiedzieć o tym jak (można) zachować się w sytuacji, która zdarzyć się może każdemu. Zgubiony bagaż na lotnisku w podróży hen-daleko. I to zgubiony nie z Twojej winy.

Całą historię jednak rozpocznę od wydarzeń tyci-tyci wcześniejszych.

 

Otóż celem mojej wyprawy od dłuższego czasu było państwo w którym panuje pokojowa i piękna religia Islamska, którą zaczynam coraz bardziej lubić. Algieria. Standardowo: biznesy, bo jestem biedakiem z cebulą w kieszeni i prywatnie nie do końca byłoby mnie stać na to, aby karnąć się tam „luksusową” linią lotniczą.

 

Air France. Mówi Ci to coś? Bo mnie tak: rybie śczochy, muł i kilo kaczego kału - gdzieś jakoś ten właśnie poziom. Z tymi wspaniałymi liniami wybrać się miałem do mojego partnera jakoś początkiem kwietnia 2018 roku. No i wybrałem się pierdolinką (taki pociąg) z pięknych Polskich gór prosto do stolicy. To był fajny wypad na kawkę…

 

Chłopakom z Francji zachciało się strajku, więc odwołali mi lot. Musiałbym czekać 20 godzin na kolejny, a sama podróż trwałaby wtedy 24 godziny z przesiadkami. Hehe. I jeszcze nie miałbym pewności, że komuś się nie zachce przystrajkować tak jeden lot akurat z Algieru do Oranu.

 

I to nie byłoby wtedy zbyt kolorowe. Tam nie możesz tak łatwo korzystać z telefonu (opowiem czemu), internetu też nie masz i nie zapłacisz kartą, bo nie używają terminali płatniczych. W tamtym momencie byłem mądry i przebiegły. Powiedziałem grubym rybciom w firmie, że wracam na tarczy i biznesów nie robię. Czułem po kościach, że to good move.

 

Nie wiem co uśpiło moją czujność teraz, w lipcu 2018: 

- Masz fajne połączenia na tydzień. Od niedzieli do soboty – mówi do mnie współpracowniczka.

- Po ile?

- (Coś tam coś tam... Co mnie to obchodzi? Nie mój hajs)

- Opłaca się. Bookuj. Szybko.

- Dobra, już piszę kosztorys.
- A jaka linia?

- Air France
- Okej. Od razu ogarniaj pociągi i kierowcę z mojej chatki na dworzec. - Nie zapaliła się żadna lampka, że to przecież obiboki i niezorganizowani pogromcy Chorwatów z Mundialu w Rosji, którym nie chce się pracować. Mają 35-o-godzinny-tydzień-pracy, zarabiają gruby hajs w euro, a i tak wiecznie im coś nie pasuje.

 

Coś mnie gryzło dopiero przed wyjazdem. Non stop. Wiedziałem, że to będzie sztos, bo z partnerem z Oranu byłem dogadany jak Miś Koralgol i jego kolega Wiewiórka Juliusz. Jednak jak przyszło mi myśleć o locie, to czułem dziwną, czarną siłę, która smyra mnie pod pachami wkurwiając jak moja ex. Podobne złe siły wyczuwałem w kwietniu jak jechałem do Warszawki na kawkę.

 

>Lecisz
>Przesiadasz się w Algierze
>Czekasz na odbiór bagażu
>15 minut
>30 minut
>Kurła, jak oni się ociągają
>45 minut
>Nie chce się tym gnojom w ogóle pracować!
>Bagaże lecą seryjkami.
>Ciapki spacerują jak Kazia i Żanetka po molo w Sopocie.
>60 minut
>Komu dupniesz najpierw?
>1H20 ciągle to samo
>Najdłuższe oczekiwanie na bagaż ever
>Z dziury przez którą na taśmę wpadały bagaże, a przez którą obserwowałeś arabów uwijających się jak ślimaki na pędzącym żółwiu, wychodzi jakiś ziomek w à la policyjnej czapeczce i mówi, że to wszystko
>Konsternacja
>Nie masz siły się wkurwiać
>Idziesz do tego ich zasranego biura bagażowego
>„Ma to być na jutro w Oranie. Zaraz mam lot. Jak nie to Was odjebię.”
>Ostatnie zdanie mówisz po Polsku. Pierwsza zasada: Jesteś miły dla ludzi od których zależy coś na czym Tobie zależy
>Lecisz se wiedząc, że to będzie hardkorowy tydzień
>Oran. As-salamu alaykum, cher ami
>Wbijacie do Sheratona
>Myju-myju
>Wbijasz z byczkiem na wixę na ostatnim piętrze
>Uczysz wszystkich jak się pije wódkę w Polsce
>Sen i tyrka od rana w przepoconych, nieświeżych ubraniach.

 

To jeszcze nie koniec opowieści, bo budzę się, a tu żadnych walizek obok łóżka nie ma. No więc trzeba reagować. Wspaniałe doświadczenia dnia poprzedniego zostały okraszone jeszcze szczyptą innych miłych-małych bonusów.

 

Otóż, w Algierii możesz trafić na dziwny problem z sieciami komórkowymi. Trochę się namęczyłem zanim ogarnąłem co się dzieje. Niektóre sieci mają zablokowane wykonywanie połączeń wychodzących. No, lol. Być może chodzi o konfigurację typu karta zza granicy czy coś. Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Ale wyłączcie opcję automatycznego szukania operatorów i zwyczajnie sprawdzajcie wszystkich dostępnych operatorów po kolei, jeżeli traficie na podobny problem.

 

Co prawda Algieria to super hermetyczny kraj, który ma swój świat i swój typ sprzęgła do Opla, więc tam takie akcje po prostu nie dziwią. Jakby coś podobnego kogoś z Was spotkało gdziekolwiek indziej, to już jest jakiś trop i warto znać ten trick.

 

Zanim mogłem wykonać kilka połączeń, żeby odstawić odpowiednią zjebkę, to zdążyło się już trochę piasku przesypać na Saharze. Praca w terenie motzno.

 

Gdy wróciłem do hotelu zadzwoniłem do serwisu bagażowego oraz polskiego agenta z firmy zewnętrznej — opiekuna, który ogarniał mi loty. Ten drugi w ogóle się później nie odezwał po moim zgłoszeniu. Firma „Esky” nie ma pojęcia co to jest Obsługa Klienta i ogólnie takiego lawiranctwa nie polecam. Omijajcie.

 

Z kolei biuro bagażowe na lotnisku w Oranie jak i Algierze… Nie odpowiadało. Wykonałem milion połączeń, mój ziomuś wykonał pierdylion połączeń i poruszył jakieś tam znajomości na miejscu. Też nic. Pracowników biura chyba nie było w ich budce i po prostu opierdalali się gdzieś za winklem. Gdy dzwoniłem w innych porach dnia było podobnie. Nieźle, co?

 

Odstawiłem telefon i przeszedłem się po apartamenciku, by zobaczyć co tam w ogóle mam do dyspozycji. No więc siadam i szukam w arabskich googlach: „Jak zrobić bombę z coca coli, rodzynek, pistacji, baterii AA+ i łyżeczki.” Mniej więcej by z tego wyszło małe C4, ale porzuciłem swój pomysł po jakiś 20 minutach. Poszedłem wyczilować na basenie.

 

Potrzebowałem tego odmóżdżenia w świeżej, letniej wodzie. No i przecież arabki przypadają mi do gustu — szczególnie te, które są niepraktykujące i lubią zaprezentować swoje egzotyczne wdzięki. Dobrze było się potaplać podziwiając ciekawą roślinność na tle kobiet o skórze koloru przepysznego latte. Podobał się mi też ich język. Francuski. Francuski w wykonaniu Pań z krajów Maghrebu. Magnifique!

 

Druga część tej opowieści będzie trochę bardziej hardkorowa, a że czułem co się święci to na basenie mocno doładowałem baterie Chivaskiem (ze szlacheckimi pozdrowieniami dla moich byczków z KRK). Swoją drogą mój francuski również stał się troszkę lepszy:

 

- “Tu es français, non? Mais je vois!” — mówiła moja nowa, dobra przyjaciółka śmiejac się i wymachując nóżkami pod wodą. Tak na serio, to nie wiem na ile to była kwestia języka, a na ile europejski look. Who cares?

 

À propos — warto odkażać gardło raz od czasu na takim wyjeździe, bo mają tam inną florę bakteryjną. Bezpieczeństwo i zdrowie to podstawa! To be continued…

 

YouTube
Facebook
Instagram