WRÓĆ

Kiedy Twój bagaż wybrał innego tripa niż Ty #2


Lotnisko, zwariowany Ahmed, jeszcze bardziej zwariowany Lucas no i darmowa szamka. Po pierwszej części bagażowych przygód czas na kontynuację!

 

Kontynuując moją historię… W drugiej części dnia śmigamy z ziomeczkiem do innego klienta końcowego, żeby mógł mnie poznać i upewnić się, że nie wysyłamy łysych ultranacjonalistów z maczetami pomiędzy naszymi produktami. Generalnie ciężka harówka jak zwykle. Usłyszałem w samochodzie kilka mega dobrych kawałków muzycznych! Ogólnie rzecz biorąc ludzie tam się potrafią zabawić! Ja też zapuściłem kilka naszych Europejskich lub Polskich kawałków. Nawet wykorzystałem fakt, że mój ziomuś nie mówi po angielsku i puściłem mu Benny Bennassi – Explosion kręcąc z niego bekę.

 

No dobra. Powrót od klienta. Łebski ze mnie gość i ogarniam mapę świata, więc wiem gdzie się znajduję i że po drodze mam lotnisko.
- Cette ville est à l’ouest, non ? On va aller à côté d’aeroport, alors je voudrais parler avec ces mecs tête-à-tête.

 

Wbijamy na lotnisko. Nie ma typkow w ich biurze. Jeny, jeny. Nowość. Atakujemy inne biura, żeby ściągnęli tych obiboków za mordę, bo zajebe. No ale co z tego jak oni kurła ne savent pas, bagaż dalej w Paris, dezole mysju.
Mocno żałuję, że nie zabrałem tej koli z rodzynkami i zwracam się do mojego ziomusia „Jedziemy na zakupy do shopping center, mon partnaire.”

 

Czysty, pachnący, znowu przystojny. Tak można pracować, więc codziennie ciśniemy ostro. Rano wcześnie pobudka, żebym mógł sobie ogarnąć swoje rzeczy i biznesy, a potem praca, obiadki, kolacyjki. I nocne życie, gdzie ciągle proszą, by pokazać im ten trick z wódką jak się to pije cały petite verre na raz. Mam już dość, bo mało śpię, temperatury jak u babci w piekarniku. Algierskie dziewczyny tańczą jak opętane, a kutasem nie jestem, żeby ciągle stać… pod ścianą, nie? Generalnie po prostu jak już miałem świeże ubrania to miałem w dupie bagaż, alors j’ai decidé d'en simplement profiter.

 

- ODBIORĘ SE BAGAŻ PRZY POWROCIE - POMYŚLAŁ MATI

 

Ostatni dzień starałem się trochę odsypiać, bo aż mi gorączka skoczyła z wyczerpania (mówię, że tyram jak wół to mi nikt nie wierzy). Po obiadku petit dodo, potem bankiecik. Oczywiście plany głębokiego, regeneracyjnego snu luj strzelił, bo mój ziomuś ostro maneta i tanecznym krokiem budzi mnie co chwilę czy już wypocząłem. Bardzo go polubiłem za to, bo momentami zdarza mi się wymięknąć i potrzebna jest wtedy pomocna, przyjacielska dłoń, żeby nie stać się ciotą.

 

Ta podróż wiele mnie nauczyła. Na przykład, że to nie jest problemem, aby pojechać gdzieś na tydzień i spakować się do reklamówki z biedronki. Jak idziesz na spotkanie biznesowe w dresie i koszulce z House’a to jesteś postrzegany jako pewny siebie typo, który nie pierdoli się w tańcu i kreuje sytuacje po swojemu… Trzeba się tylko uśmiechać i poczuć tą wyjebkę na wszystko (czego nota bene państwa afrykańskie uczą chyba najlepiej.) Naszym chłopakom brakuje takiego luzu, jak to mawia klasyk z pewnego kultowego, Polskiego filmu.

 

Ok. Pożegnanie. Powrót. Parę tuli-tuli z moimi nowymi przyjaciółmi. Lecę do biura bagażowego jeszcze w Oranie, żeby wyjaśnić gościowi, że ma załatwić mi prostą akcję: bagaż, którego nie potrafiliście ruszyć z miejsca przez tydzień ma się znaleźć w tym a tym locie do WAWki. Wszystko byłoby spoko, gdyby gnojek nie kręcił się gdzieś po całym lotnisku. Trzeba było szukać dziada. Ruszyliśmy jakiegoś tam oficera, żeby zakomunikował to i owo. Pojawia się "przepracowany" jegomość z uśmiechem na twarzy. Mój szofer spierdolił go po arabsku z góry na doł jak burą sukę, załatwiliśmy co trzeba i elo. Tulasek, mlask, mlask – dwa pedalskie całuski z szoferem (taka kultura) i wio do Paryża.

 

W Paryżu się zaczęło. Wszystkie stoiska czy biura z Air France odsyłały gdzieś indziej. Chodziłem jak debil między terminalami, aż dotarłem do Wielkiego Serwisu Bagażowego Jedynego Słusznego Przewoźnika w którym urocza kobieta opowiedziała mi o kłopotach na jakie napotkała ich linia i że tyle bagaży się im pogubiło, że łohoho - UNE CATASTROPHE. Jak się później okazało, nie była na tyle poinformowana co ja.

 

Mało mnie interesowały les problèmes d’organisation, ale miała ładny akcent, więc wysłuchałem tego co miała do powiedzenia i wyjaśniłem, że walizki mają się znaleźć w tym a tym samolocie, a pieniążki w zadość uczynienie dla mnie mogą być przelane na takie moje fajne konto bankowe (to z hajsem akurat powiedziałem tylko w głowie. Doskonale wiem, że takie rzeczy załatwia się post factum i gdzieś indziej.)

 

- Excusez-moi, ale nie da się wysłać pańskiego baggage razem z Panem à Varsovie.

 

- Pourquoi?

 

- Bagaże ciągle są w ruchu i są przetwarzane, więc to nie jest possible.

 

- Très, très bien – odpowiadam kończąc, zawijając swoje rzeczy i uśmiechając się. Uwielbiam bawić się w aktorstwo i wymyślać sobie nastrój jaki powinienem dla paradoksu w danym momencie „przywdziać”. A teraz clou programu – dlaczego warto być miłym:

 

Kobitka na koniec do mnie:

- Dezole, bardzo mi przykro, chciałabym Panu pomóc.

 

- Niech się Pani jeszcze raz tak ładnie uśmiechnie i jakoś może przeboleję… ;)

 

- Hehe, jaki miły monsieur, pomyślała jolie française. Jej uśmieszek jeszcze szerszy.

 

- Jakbym nie mieszkał tysiąc kilometrów stąd to zapytałbym, czy pija Pani le café. Ale j’habite en Pologne i sam kawy zbyt często nie pijam zresztą.

 

- Hehe, t e tre żątil, miło mi, wszyscy przychodzą wkurwieni i wieszają po mnie psy, bo bagaż, a polaczek przyszedł i rozumi… - część wypowiedziała, część pomyślała.

 

- Voilà. Bonne journée, madame - mówię szczerząc ząbki i chwaląc się nowym Smiley’em.

 

A ONA MI MÓWI:

- W  sumie to może Pan spróbować tam zaraz przy bramkach na obsłudze klienta jeszcze pogadać z takim Ahmedem. On może podzwonić i podpytać o nr. bagażu, czy czasem nie da się tego wysłać z Panem do PL.

 

Czuję się jak wygryw i zapierdalam walczyć o mój bagaż.

 

Gadam z Ahmedem. Zajebisty gość tak jak 90% (z tych których poznałem) okrzykniętyc złą sławą śniadych. Dzwoni. Nie może się dodzwonić z osiemnaście razy. Dzwoni do kogoś innego. Zjebał go, ale nic. Mówi mi:

- Mati, idź sobie siądź na razie i wpadnij za półtorej godzinki. Ja w międzyczasie coś jeszcze spróbuję zdziałać.

 

Wpadam po 2h (miałem 5h okienko między lotami akurat).

 

>Mówi, Ci że lipa.
>Coś tam jeszcze próbujecie wskórać.
>Akurat przyszedł Lucas z serwisu bagaży, który akurat se gdzieś frunął.
>Ahmed wyczarował na swojej buźce banan czikita i mówi Ci, że masz szczęście jak blondi, która dała dupy Rae Sremmurd i chwaliła się tym na Snapie.
>Nowy ziomuś wyciąga tele i coś tam ogarniacie w jakiejś ich wewnętrznej apce.
>Dzwoni kogoś spierdolić z góry na dół.
>MÓWI CI, ŻE BAGAŻOWI STRAJKUJĄ OD TYGODNIA I MAJĄ 1,5K WALIZEK DO ROZESŁANIA PO DOMACH.
>Mówisz im, że ich bardzo lubisz ale widzicie się raczej ostatni raz, bo ta pierdolona linia to la blague i powinni się zwolnić.
>Żartujesz. Mówisz to jedynie w myślach.
>Nowy ziomuś coś tam sprawdza.

 

No, więc na koniec opowieści jeszcze lewy prosty i kop w jaja z ukrytki:

 

>MATI, TWÓJ BAGAŻ POLECIAŁ JUŻ JEDNAK DO ALGIERII.
>Super kurwa bon.
>Ahmed w sumie wysłał ci bony na hajs, więc idziesz żreć na lotnisku za darmo
>Nowy ziomuś mówi, że zapierdalają teraz all day all night i jest szansa, że dostarczą ci walizki kurierem na chate w trzy noce.
>Nie zapomnij wejść na neta i wypełnić wniosku o odszkodowanie, mowi Ahmed.
>You bet, kurwa.

 

 

 

Tak na serio: najfajniejszy służbowy wyjazd ever. Zero nudy i bagaż… nowych doświadczeń.

 

 
PS.

 

Jak w dobrym kinie akcji – kolejny zwrot.

 

Pisałem to wszystko na lotnisku i w locie do Wawy. Nie sądziłem, że będzie kontynuacja. Ale jednak! Z Wawki pojechałem z kumplem na skłot. Ten ze mnie beka, bo przynajmniej nie musiałem czekać na walizkę i mnie szybciej zgarnął. Hehe.
Wysiadamy po 30 minutach jazdy. Dzwoni nieznany numer:
- Mati, bagaż masz na lotnisku, co Ty świrujesz.
- Panie, podobno poleciał do Algierii…
- Yyy. Nie, no. Mamy. Ten zamknięty na kod (ufff, najwięcej rzeczy w nim mam)
- Dobra, zaraz się po niego wrócę.

 

O mniejszą walizkę jeszcze walczę. Chyba to be continued, z tego co widzę. XD

 

PS. 2

Doszła w cztery noce. Wszystko skończyło się pięknie. Jeszcze ich cisnę o refundację za rzeczy, które musiałem przez nich kupić. Bez paragonów. Hehe. Już wiem, że na całym tym gównie sporo zarobiłem. A co doswiadczyłem to moje. Na zawsze.