← Powrót do bloga

Moja porażka językowa - ucz się na błędach!


Sukcesy, sukcesy, sukcesy. Uwielbiamy o nich mówić. Czy potrafimy jednak rozmawiać o porażkach? Czy potrafimy wyciągać z nich to co najlepsze? Niestety, ciężko nam się ich do nich przyznać, a co dopiero wyciągnąć wartość! Ja to zmieniam...

Wolisz posłuchać? Zapraszam do mojego podcastu "Z Języczkiem czy Bez?"

 

Niesamowite jak bardzo uwielbiamy mówić, opowiadać i opisywać sytuacje w których odnieśliśmy sukces. Sam złapałem się na tym, że często opowiadam moim klientom, potencjalnym klientom, słuchaczom, czytelnikom o tym, jak to sobie wybitnie nie raz poradziłem w ciekawych, trudnych, niecodziennych sytuacjach. To jest naprawdę świetne, bo warto dzielić się pozytywną wartością i pozytywnymi emocjami – to dzięki nim lecimy z wiatrem na przód i zdobywamy kolejne cele. Jednak to nie wszystko…

Jaki jest plan tego wpisu? Opowiem Ci czym jest porażka, a potem odpowiem na pytanie czy błędy mogą być dobre. Następnie opowiem Ci historię świetnego anglisty, który nie radził sobie w Anglii. Na koniec zostanie podsumowanie kwestii czerpania wiedzy z potknięć, a to wszystko okraszę morałe z całej opowiadanki. Gotowy? Gotowa?

 

Moja porażka językowa - ucz się na błędach!
#1 CZYM JEST PORAŻKA?

 

Ogromną wartością są również porażki. Porażki, potknięcia i błędy wnoszą do naszego życia równie wiele co wszystkie pozytywne wydarzenia. Problem polega na tym, że często zdarza się nam odrzucać tę wiedzę, co powoduje, że najzwyczajniej w świecie nie uczymy się na własnych błędach. Odrzucamy to co nieprzyjemne nie wyciągając z tego żadnych wartości, a to najgorsze co możemy zrobić. To najgorsze, ponieważ tracimy podwójnie. Porażka to na ogół strata. Jeżeli pozwolimy wiedzy, która wynika z porażki przejść nam obok nosa, to tracimy podwójnie i to naprawdę boleśnie. Może się zdarzyć, że bez odpowiednio zinterpretowanych złych doświadczeń wpakujemy się w podobne tarapaty w przyszłości.

Z tego powodu szanuję ludzi, którzy zapytani o porażkę potrafią się podzielić nią oraz morałem z takiego wydarzenia płynącym. Powiedziałem sobie kiedyś, że będę rozmawiał z ludźmi na łamach mojego podcastu. Chciałbym zapraszać autorytety, lecz również (nie)zwykłych Kowalskich o których szerszy świat nie miał okazji usłyszeć. Dostrzegłem już jakiś czas temu, że takie osoby często prezentują niesamowity poziom w swojej dziedzinie, lecz najzwyczajniej w świecie nie dzielą się tym dookoła i na przykład nie mają parcia na budowanie marki osobistej.

Bez względu na to czy mój rozmówca jest autorytetem, osobą publiczną, marką osobistą – chcę pytać o porażki językowe czy komunikacyjne. Chcę pokazywać, że każdy popełnia błędy. Lecz ludzie dzielą się na tych, którzy popełniają błędy i wyciągają z tego ile się da, oraz na tych, którzy jak najszybciej przestają o swoich potknięciach myśleć. Jasne, nie ma co brudzić sobie myśli zbyt długo rozważając i dumając nad rozlanym mlekiem. Trzeba jednak wyciągnąć wnioski i posprzątać, a nie uciec! Dlatego nie chcę, by moi rozmówcy uciekali od językowych porażek jakie im się przytrafiły.

 

Moja porażka językowa - ucz się na błędach!
#2 CZY BŁĘDY MOGĄ BYĆ DOBRE?

 

Wydaje mi się, że to doskonały sposób na to, by zaprezentować taką ideę, iż błędy naprawdę są spoko! Błędy są dobre, błędy nam pomagają i błędy są potrzebne. Nie ma najmniejszego sensu w dążeniu do perfekcji w językach obcych, gdyż nie jest ona niezbędna w realizacji celów nadrzędnych. Celem nadrzędnym w używaniu języka jest komunikacja. A celami nadrzędnymi w komunikacji może być zdobycie zaufania, sprzedanie produktu czy usługi, informowanie i tak możnaby wymieniać w nieskończoność.

Warto jednak nadmienić, że nie poświęciłem wystarczająco dużo czasu, aby mówic o swoich własnych porażkach! Skoro chcę wysłuchiwać porażek innych, a później takie rozmowy udostępniać to jestem pewien, że warto będzie przyznać się do swoich własnych upadków. Na profilach w Social Mediach jak również na mojej facebookowej grupie dla osób uczących się angielskiego - Zapraszam! (kliknij!) podzieliłem się kilkukrotnie swoimy własnymi tekstami naszpikowanymi prostymi błędami, aby pokazać Ci proces, wzrost, pozytywną wartość potknięcia. To były opowiadania z czasów, kiedy to teoretycznie byłem celującym uczniem – doskonały materiał, by zaprezentować obłudę i niedokładność systemu edukacji. Uznałem jednak, że warto Wam przytoczyć inną historię…

 

Moja porażka językowa - ucz się na błędach!
#3 CELUJĄCY ANGLISTA W ANGLII

 

Okolice 2011 roku, kiedy miałem długie włosy, w ogóle nie myślałem o życiu na serio, sporo grałem w gierki i imprezowałem. O ile dobrze pamiętam byłem świeżo po pierwszym zderzeniu się z językową rzeczywistością. Tym pierwszym kubłem zimnej wody było pójście do liceum. Gimnazjum skończyłem celująco, ale tylko patrząc na język obcy przez pryzmat ocen. Moje faktyczne zdolności językowe były tragiczne i zostałem o tym uświadomiony dopiero w szkole średniej, kiedy to facetka od angielskiego zadała nam pierwsze zadanie domowe.

Ale ja dzisiaj nie o tym. Ten kubeł zimnej wody, choć mroził niczym Ice Bucket Challenge, w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia. Byłem po prostu debilem. Odnoszę teraz wrażenie, że przez sporą część młodości byłem kretynem, a mój mózg zaczął działać bez ograniczeń dopiero pod koniec liceum i podczas studiów. Może się uderzyłem. Nie wiem. Musiałem się kilka razy o coś pierdyknąć, bo z tego co pamiętam z początku studiów też nie byłem szczególnie zadowolony. Za dużo zabawy i zero pasji, temat na inną kawkę, inny dzień, inny artykuł.

Jeżeli przyjmiemy, że faktycznie potrzebowałem kilka strzałów w mordkę to pierwszym z nich był wyjazd do Anglii z którym wiązała się moja językowa wywrotka. Tak się składa, że mam rodzinkę w Anglii. Skorzystali niegdyś z fali emigracji i podryfowali na wyspy. Spodobało im się i zostali. Historia, jaką może opowiedzieć pewnie z 15 mln Polaków. Ja ze swoją rodziną całkiem nieźle żyję i gdy tylko otrzymałem od nich zaproszenie to pofrunąłem liniami lotniczymi, które z całą pewnością mają coś wspólnego z proszkiem do prania. No i mamy to, doświadczamy językowo, sprawdzimy się! Drugi raz w Anglii! Pierwszy raz się nie liczy, byłem wtedy bardzo młody.

Od samego początku mojego pobytu w Anglii w 2011 roku spędzałem sporo czasu pośród Polaków. No niestety, takie są realia. Odwiedziłem polskich krewnych, a nie angielskich – takowych nie posiadam. Chyba. Raz od czasu wychodziłem samotnie na spacer, do kawiarni czy nawet zaliczyłem bibliotekę w której udało mi się założyć kartę i trochę pogadać. Zdarzyła się jednak sytuacja bardziej spontaniczna, która wymagała ode mnie bycia „tu i teraz, pośród ludzi porozumiewających się innym kodem!”

Pomagałem mojej ciotce na zakupach. Zwiedziliśmy trochę miasta i wstąpiliśmy do jakiegoś fastfoodu po brytyjskie szybkie, niezdrowe żarcie. Starałem się zamówić wybrany posiłek co już mi szło dosyć średnio. Na sam koniec zostałem zabity pytaniem w którym nie zrozumiałem ani jednej sylaby. Nawet nie miałem pojęcia o czym myśleć, a co dopiero jak poprosić o doprecyzowanie rządania! Ciotka patrzyła na mnie podejrzliwie, a mnie w głowie myśli zakręciły się jak kobiecy, bawełniany gadżet do higieny intymnej.

Wypada teraz wspomnieć, że moja ciotka nie była orłem z języka angielskiego. Skoro już poruszamy się w obrębie metafory dotyczącej ptaków, to nawet stwierdziłbym, że była wówczas językowym pingwinem. Takim nielotem, który czasami jeszcze podślizgnie się na lodzie i ma zbyt krótkie skrzydła, żeby się podeprzeć. Nie ma się co dziwić – nigdy w życiu nie miała zajęć z angielskiego, w Anglii była stosunkowo krótko jak na tamten moment, a do tego większość czasu spędzała z Polakami.

- No mówże co chcesz, keczup czy majonez? – ciotka w roli pingwina mentalnie zdziela w łeb szóstkowego orła szybującego w przestworzach. Ale chyba tylko w przestworzach szkolnych realiów.

- Keczup, może być. – odpowiadam, a w głowie tsunami myśli, negatywnych uczuć i zaskakujących wniosków, które później przyniosły pozytywne żniwo.

 

Moja porażka językowa - ucz się na błędach!
#4 CZERP NAUKĘ

 

Nie ma spektakularnego zakończenia, bo wcale takiego być nie musi, aby zacząć wyciagać wnioski. Nie szukaj wielkich i efektownych porażek. Takie rzadko się zdarzają, a do tego są dużo bardziej bolesne i mogą przynieść więcej złych skutków niż tych pozytywnych. Dlaczego? Skoro porażka jest spektakularna, to siłą rzeczy skupimy się właśnie na fajerwerkach i prostych doznaniach. Być może zaczniesz szydzić i się śmiać, jeżeli porażka dotyczyć będzie osoby trzeciej. Być może zbytnio skupisz się na tym co ktoś inny pomyśli, jeżeli owe efektowne potknięcie przytrafi się Tobie.

Zawsze chodzi o to, by zajrzeć głębiej i wynieść z konkretnych wydarzeń jak najwięcej. Skupmy się na swoich własnych porażkach, gdyż to je najlepiej dostrzegamy i najłatwiej będzie odnaleźć w nich nauczkę. Potrzebna jest ku temu umiejętność choć częściowego spoglądania na rzeczywistość z perspektywy obiektywnej. Trzeba dążyć do choć częściowego obiektywizmu, aby być w stanie czerpać pozytywne wartości z negatywnych przypadków. Im większe doświadczenie w odpowiedniej interpretacji własnych potknięć tym więcej nauczymy się z cudzych przypadków. Właśnie dlatego z czasem łatwiej nam jest wyciągnąć pomocną dłoń i zrozumieć drugą osobę, ponieważ potrafimy nabrać innej perspektywy.

Ja ze swojego potknięcia wyniosłem naprawdę wiele. Zrozumiałem, że komunikacja w prawdziwym życiu rządzi się innymi prawami. Doznałem nareszcie tego, że system edukacji publicznej uczy, nagradza i kreuje sztuczną rzeczywistość wobec której ta nauka, nagrody i kary mają sens. Rzeczywistość przedstawiana w szkole to w większości sztuczny twór. Miałem prawo mieć dużo większe oczekiwania wobec samego siebie i posiadanych umiejętności po tym jak celująco kończyłem kolejne szczeble nauki. A jednak…

 

Moja porażka językowa - ucz się na błędach!
#5 MORAŁ

 

Czułem się oszukany. Frustracja sięgnęła zenitu. Zrozumiałem, że mój czas jest marnowany. To był początek zmian w mojej głowie. Od tamtej pory jeszcze łatwiej było mi marnować czas na imprezowanie, bo przecież szkoła niczego sensownego nie uczyła. Wybawienia oczekiwałem na studiach – kierunkowych i wybranych przeze mnie. Ile to tych kubłów lodowatej wody musiałem przyjąć, by zrozumieć, że nikt lepiej się mną nie zajmie niż ja sam? Ile razy musiałem uczyć się na porażkach? Tych samych, tylko źle interpretowanych na początku?

Możesz teraz sądzić, że zacząłem obwiniać o porażki szkołę, system edukacji. Jasne, że można tak zrobić i w pełni się z tym zgadzam. Ale tą drogą nigdzie nie dojdziesz, bo to pójście na łatwiznę. System edukacji jest jak góra. Możnesz narzekać, że akurat stoi na Twojej drodze i masz do tego prawo – to jest mega krzywdzące, że takie zrządzenie losu miało miejsce. Usiąść na pniu i narzekać, że przed nami stoi wielka góra to pójście na łatwiznę. Po prostu należy ominąć górę.

Problem tkwi jeszcze głębiej i naprawdę potrzebowałem kilku wiaderek zimnej wody, by zrozumieć, że to my jesteśmy kowalami własnego losu. To my wybieramy jak spędzamy czas i jak z tego czerpiemy. Nawet będąc zmuszonym do uczęszczania do szkoły i na jakieś bzdurne zajęcia to jesteśmy w stanie wiele zmienić, wiele ułożyć pod siebie, wiele zyskiwać. A moje potknięcia, choć na pozór wynikały z winy okropnie złej organizacji nauki w naszym państwie, to były wynikiem mojego błędu. Błędem było zaufanie jakiejkolwiek instytucji publicznej, że lepiej się mną zajmie niż ja sam i że będzie lepiej organizować moje życie, moją nauke, mój rozwój. Największym debilizmem było oddanie swojego czasu komuś (czemuś!), kto nie czuje, że ma interes w tym, abym rosnął.

 

To tyle ze smutnych i egzystencjonalnych wypocin. Kolejne treści ode mnie już niebawem! Miłego! 

 

Jeżeli spodobał Ci się mój wpis i widzisz w nim wartość to koniecznie:

zapisz się do newslettera (kliknij!), aby nie ominęła Cię niszowa wiedza i promocje,

- udostępnij wpis swoim znajomym, którzy uczą się języków obcych.

 

 

Serdeczności,
Stasica